*Dom wschodzącego słońca
Znowu odjazd w pokrzyżowane drogi.
Opuszczamy babcię - jej czujne serce,
ręce co wiły przelotnym ptakom gniazdo.
Mówiła, że w rzeczach małych są rzeczy wielkie.
Wszystko przez matkę, która chciałaby
dotrzeć do końca każdego początku.
Poczekalnie, noclegi. Przez chwilę postój
w jakiejś pętli. Czysta proza – dalej nic.
Mówią, że „tamtej baby już nie ma” –
dopiero co uczyła o krążących chmurzastych
aniołach i śmiesznych ptakach - z tym tutaj
dość krucho. Pod butami beton, szelest dni.
Wielki wiatr hula, roznosi śmieci - można być
kim się nie chce, ale jak można patrzeć na to,
czego nie ma. Miasto to dżungla, zieleń brudna.
Nienawidzą, nie wiedzą co czynią bez Boga.
Kto ma taką moc, by duszę odnowić.
Wszystko ma swój czas - tak, więc poczekaj
aż dorośniemy i trafimy bez mapy sami.
Pozbieramy kryształki cukru rozsypane kiedyś.
Cieknie czas z wiecznego pióra.
Pisz, niech nie pryśnie baśń prawdziwa.
W imię miłości zrobi się wszystko samo,
jeszcze zakręcisz w młynku pachnące ziarno.
Wypijemy z najcieńszej porcelany
pod największym orzechem dziadka. Opowiesz
o złotych żukach na szmaragdowych liściach.
Tylko obiecaj, że będziesz widzialną.
Babciu…
21.01.2018.
©BaMa
https://www.youtube.com/watch?v=ebjxgJzzwp0













Komentarze 5
Komentarze mogą czytać i dodawać tylko zalogowani użytkownicy.